Info

Ten blog rowerowy prowadzi Mariusz vel zarazek z podwarszawskich Marek/Nadmy.
Więcej o mnie. Bikestatsowa tablica.


baton rowerowy bikestats.pl
Poprzednie lata


2023
2022
2021
2020
2019
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
Mapa wycieczek po górach:





Wypady kilkudniowe

rok 2023
Piwniczna - Beskid Sądecki i Pieniny
(184 km)



Podlasie: Suwałki - Mikaszówka
(306 km)


rok 2022
Beskidy: Rzeszów - Sucha Beskidzka
(500 km)

Kampinos, Płock, Sierpc, Górzno
(375 km)

Górzno
(578 km)

Podlasie
(240 km)

Kurpie, Mazury, Suwalszczyzna
(450 km)


rok 2021
Beskid Sądecki, Góry Lubowelskie, Pieniny
(293 km)

Podkarpacie
(258 km)


rok 2020
Beskidy: Przemyśl - Piwniczna (354 km)

Podlasie: Supraśl - Krynki - Czeremcha
(240 km)

Bieszczady
(108 km)


rok 2019
Beskid Śląski, Żywiecki i Mały
(297 km)

Beskidy: Przemyśl - Piwniczna
(404 km)

Wybrzeże: Świnoujście - Hel
(470 km)


rok 2018
Beskidy: Jasło - Bielsko
(510 km)


rok 2017
Beskid Sądecki i Małe Pieniny
(168 km)

Beskid Śląski, Żywiecki, Sądecki oraz Gorce
(350 km)

Kaszuby i Bałtyk
(111 km)

Bieszczady i Beskid Niski
(190 km)


rok 2016
Beskidy
(467 km)

Górzno II
(238 km)

Górzno I
(308 km)

Roztocze Południowe
(197 km)


rok 2015
Karpaty
(585 km)

Kaszuby
(193 km)


rok 2014
Bieszczady i Beskid Niski
(420 km)

Górzno k/Brodnicy
(205 km)

Góry Świętokrzyskie
(77 km)

Suwalszczyzna
(158 km)


rok 2013
Roztocze Bis
(130 km)

Roztocze
(304 km)

Suwalszczyzna
(373 km)

Pogórze Strzyżowskie i Przemyskie
(240 km)

Jura
(180 km)


rok 2012
Kurpie, Mazury, Suwałki
(405 km)

Suwalszczyzna
(280 km)

Roztocze
(240 km)
Szastarka - Werchrata

Podlasie
(159 km)
Drohiczyn - Nurzec


rok 2011
Roztocze
(226 km)
Lublin - Józefów Rozt.


rok 2008
Polska Egzotyczna II
(444 km)
Terespol - Suwalszczyzna


rok 2007
Polska Egzotyczna I
(370 km)
Terespol - Roztocze



Wycieczki jednodniowe
Wycieczki jednodniowe
rok 2016
 
Na rowerze 113 km: Wyszków i Serock



rok 2015
 
Na rowerze 113 km: Kazimierski Park Krajobrazowy
Na rowerze 130 km: Liwiec i Siedlce
Na rowerze 101 km: Kampinos


rok 2014
 
Na rowerze 101 km: Wyszków - Brok - Małkinia
Na rowerze 86 km: Urle - Sadowne Węgrowskie
Na rowerze 78 km: Urle - Konwalicha - Kobyłka
 
rok 2013
 
Na rowerze 107 km: Puszcza Kamieniecka
Na rowerze 83 km: Mazowiecki Park Krajobrazowy
Na rowerze 120 km: Wyszków, Kamieńczyk, Urle
Na rowerze 92 km: Kuligów, Niegów, Kraszew
 
rok 2012

Na rowerze 105 km: Kurpie: wzdłuż Narwi i Pisy
Na rowerze 110 km: Bug: Arciechów - Wyszków
Na rowerze 77 km: Wioski pod Tłuszczem
Na rowerze 93 km: Topór w Puszczy Kamienieckiej
Na rowerze 52 km: Pogórze Wielickie
Na rowerze 43 km: Kraków - Tyniec
Na rowerze 40 km: Kręcący z burzami
Na rowerze 63 km: Nad Bug
Na rowerze 55 km: Wołomin - Kanał - Zalew
Na rowerze 50 km: Lasy Legionowskie i Białołęka
Na rowerze 110 km: Wyszków i Brok nad Bugiem
Na rowerze 69 km: Pod Goździówkę
Na rowerze 71 km: Wokół Radzymina
Na rowerze 55 km: Kuligów nad Bugiem
Na rowerze 22 km: Rowerem po jeziorku
Na piechotę 15 km: Kampinos
Na rowerze 39 km**: Heavy frost biking ;)
Na rowerze 94 km**: Styczeń Bike Attack ;)

rok 2011

Na rowerze 43 km: Peregrynacja lokalna #6
Na rowerze 71 km: Wzdłuż Osownicy
Na rowerze 65 km: Pulwy i Puszcza Biała
Na rowerze 70 km: Topór - Chrzęsne
Na rowerze 86 km: Cegłów - Nadma
Na rowerze 92 km: Mrozy - Łochów
Na rowerze 226 km: Z Lublina na Roztocze
Na rowerze 98 km: Kawa w Łochowie

OKOLICE KOSZALINA:
Na rowerze 42+35 km: Jamno i Arboretum
Na rowerze 82 km: Gotyckie kościoły

Na rowerze 82 km: Treblinka - Liwiec - Urle
Na rowerze 112 km: Z Ostrołęki do Tłuszcza
Na rowerze 64 km: Z Rząśnika na Pulwy
Na rowerze 72 km: Szewnica - Bug - Zegrze
Na biegówkach Koniec zimy 2010/2011

ROZTOCZE:
Na biegówkach 16 km: do Florianki (Roztocze)
Pieszo 35 km: do Górecka (Roztocze)
Na biegówkach 20 km: do Lipowca (Roztocze)

1726 km - TOTAL*
rok 2010

październik 2010: Jesienny Zalew Zegrzyński 48 km: Jesienny Zalew Zegrz.

OKOLICE KOSZALINA:
czerwiec 2010 24 km: Iwięcino
lipiec 2010 85 km: Wokół jeziora Jamno
czerwiec 2010 74 km: Wokół jeziora Bukowo
czerwiec/lipiec 2010 Mapka zbiorcza (Koszalin)

maj 2010: Lasy Miedzyńskie - Stara Wieś - Liw 118 km: Lasy Miedzyńskie
kwiecień 2010: Dzięciołek - Liwiec - Bug - Rządza 87 km: Puszcza Kamieniecka
styczeń 2010: Wydmy Nadmy Wydmy Nadmy
styczeń 2010: Baza rakiet na biegówkach Baza rakiet

703 km - TOTAL*
rok 2009

pazdziernik 2009: Autem dookoła Polski Dookoła Polski
wrzesień 2009: Topór - Czaplowizna - Kamieńczyk - Barchów 52 km: Czaplowizna
wrzesień 2009: Dalekie - Brańszczyk - Brok - Małkinia 70 km: Dalekie-Tartak
wrzesień 2009: Nieporęt - Kobiałka - Zielonka 45 km: Kobiałka
sierpień 2009: Zambski - Bartodzieje 47 km: Zambski
sierpień 2009: Małkinia - Łochów 67 km: Wilczogęby
sierpień 2009: Urle - Zalew 83 km: Z Urli nad Zalew
lipiec 2009: Wisła i Narew 67 km: Wisła i Narew
czerwiec 2009 58 km: Kamieńczyk
lipiec 2009 61 km: Urle n/Liwcem
czerwiec 2009 111 km: Siedlce
biegówki luty 2009 Śnieg po kostki
biegówki styczeń 2009 Na nartach po okolicy

948 km - TOTAL*
rok 2008

październik 2008 Pożegnanie jesieni
lipiec 2008 Okolice Nadmy II
czerwiec 2008 Okolice Nadmy
kwiecień/maj 2008 Nad Wkrę (108 km)
9 marca 2008 Wesoła Ponurzyca
17 lutego 2008 Podryg zimy nad Wisłą
3 lutego 2008 Sroga zima!
12/13 stycznia 2008 Styczeń Plecień (57 km)

1224 km - TOTAL
rok 2007
22 km - Spacer wyborczy
55 km - Tropem jesieni
31 km - Leśne przejażdżki
40 km - Puszcza Słupecka
57 km - Poligon w Zielonce
82 km - Łąki Radzymińskie
90 km - Wycieczka wałowa

1413 km - TOTAL
rok 2006
32 km - Sylwester w siodle
41 km - Na grzyby
133 km - Czersk
151 km - Treblinka
60 km - Warszawa
71 km - wokół Zalewu
80 km - Tłuszcz
45 km - Kampinoski PN
118 km - Nowe Miasto
31 km - Jez. Zegrzyńskie

1227 km - TOTAL


rok 2005
40 km - rezerwat "Łęgi"
101 km - Mińsk Maz.
58 km - Legionowo
91 km - Wyszków
55 km - Ossów
60 km - Warszawa
50 km - Kuligów
166 km - Wyszogród
88 km - Otwock
40 km - Kanał Żerański

749 km - TOTAL

rok 2004
150 km - Węgrów
101 km - Stanisławów
115 km - Modlin
90 km - Urle (Liwiec)
55 km - Załubice

511 km - TOTAL

* - wszystkie TOTALE dotyczą dystansu przejechanego na rowerze

** - dystans skumulowany kilku wycieczek
Archiwum wpisów na blogu
A przed Bikestatsem było tak...
Tatry, moja druga pasja...
Obserwowane blogi






stat4u
Wpisy archiwalne w miesiącu

Czerwiec, 2013

Dystans całkowity:1073.68 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:b.d.
Średnia prędkość:b.d.
Liczba aktywności:19
Średnio na aktywność:56.51 km
Więcej statystyk
Dystans:
60.20 km

Do roboty #28 + przedszkole

Piątek, 28 czerwca 2013 · dodano: 29.06.2013 | Komentarze 2

Z rana wytaczam się ospały z wioski na dwupasmową ósemkę do Warszawy i na pierwszych światłach ustawiam się w blokach startowych z przypadkowo napotkanym pawlicą. Ruszamy i jakimś kolarsko-maratonowym tempem docieramy w okolice przedszkola. Średnia mi wyszła 28.5 km/h, to pewnie dlatego, że czasem na liczniku wyświetlało się 40 km/h :D Po spełnieniu obowiązków rodzicielskich gnam do pracy w kropiącym deszczu przez Most Świętokrzyski, niedawnym objazdem tunelu i Wisłostradą.

Po pracy wizyta u Kazika w rowerowym oraz trochę kluczenia po zalanych lasach między Ząbkami, a Rembertowem.


Poranne deszczowe city.


A tak się zabawiałem na początku tygodnia.
Nie samym rowerem człowiek żyje ;)





Dystans:
54.56 km

Do roboty #27 + zlewa

Środa, 26 czerwca 2013 · dodano: 29.06.2013 | Komentarze 0

Na powrocie zlało mnie deszczem totalnie. Na radarach nie było widać nic dużego, niestety w realu miał miejsce jakiś gęsty, obfity, rzęsisty prysznic. Ale za to z wiatrem było do domu, czyli ogólnie pozytywnie! :))




Dystans:
54.89 km

Do roboty #26 + burza

Piątek, 21 czerwca 2013 · dodano: 29.06.2013 | Komentarze 0

Ciemno, grzmiąco, ale udało się przemknąć.




Dystans:
56.45 km

Do roboty #25 + Wisła

Czwartek, 20 czerwca 2013 · dodano: 29.06.2013 | Komentarze 1

Upalna końcówka czerwca. Po pracy mały spocik nad Wisłą z posiadaczem fajnego, oldschoolowego trekkinga bez błotników i bez nóżki, za to z kosmicznie pogiętą kierownicą ;) Popatrzyli my na Wisłę, zdegustowali po piwie, czy dwóch i pomknęli dalej, każdy swoją drogą. Przy okazji potestowałem sobie Endomondo. Fajna zabawka, pomijając fakt, że mój smartfon przeważnie zdycha w połowie dowolnej trasy. ;)




Dystans:
54.62 km

Do roboty #24

Środa, 19 czerwca 2013 · dodano: 29.06.2013 | Komentarze 0

Bez historii.




Dystans:
54.90 km

Pogórze Przemyskie: Pacław - Przemyśl

Niedziela, 16 czerwca 2013 · dodano: 27.06.2013 | Komentarze 12

Ostatni dzień samowolnej ucieczki od prozy życia. :) A przy okazji 5-ty już dzień pięknej, słonecznej pogody. Zwijam biwak i nadal chłonąc widoki zjeżdżam niespiesznie z połonin do Pacławia, gdzie otrzymałem serdeczne zaproszenie na... kawkę i śniadanie. :) Cezar przyrządza pyszną sałatkę warzywną, a mocna kawa stawia mnie dodatkowo na nogi. Zwiedzam piękny, prastary dom i podziwiam ogromną lipę w ogrodzie. Żegnam się następnie z miłymi gospodarzami i kontynuuję jazdę niebieskim szlakiem w dół. Widoki przepiękne, szutrowe serpentyny odsłaniają coraz to nową panoramę - jadę powolutku, chcąc jak najdłużej pozostać w tych klimatach. W końcu jednak osiągam dolinę rzeki Wiar (250 metrów niżej od połonin), gdzie na betonowym przejeździe środkiem koryta zaliczam widowiskową glebę w samym środku rzeki. Prawa połowa mnie i roweru robi się błyskawicznie mokra. Znaczy prawy but, prawa połowa gaci, koszuli i plecaka, prawa kieszeń sakwy. :)) Rozkładam się zatem na przybrzeżnym wielkim kamieniu i suszę leniwie na słońcu. Przy okazji nogi zaliczają miłą, klimatyzowaną sesję higieniczną w wodzie. Wokół narasta upał. W międzyczasie przeprawą próbują przejechać miejscowe auta na mszę do Kalwarii (niedziela). Jednemu się udaje z trudem, trąc podwoziem (terenowy), drugi (osobowy) utyka w potoku na dobre.
No cóż, a na mnie już czas. Ruszam dalej z zamiarem pomyszkowania w krzakach między Huwnikami, a Gruszową. Znajdę tam ponoć znaki dawnego osadnictwa. Znaki owszem są - stare jabłonki, kępy dzikich malin, wyniesienia po dawnych gospodarstwach. Niestety krzaczory są koszmarne, w dodatku trzeba ponownie wspiąć się na niemal 450 metrów n.p.m.). Wydobywam się z tego po godzinie dysząc ciężko, cały porysowany przez jeżyny, osty, pokrzywy i inne dziwadła. Trzeba było widocznie zapłacić za ten 7-kilometrowy fajny zjazd. Planowałem jechać z Gruszowej dalej niebieskim szlakiem przez las aż do samego Przemyśla, ale jak zobaczyłem jego stan, to odpuściłem. :) Pomknąłem więc asfaltami przez Fredropol. Jeszcze przed Przemyślem, zziajany chaszczingiem oraz upałem wyhamowałem ostro pod niby spożywczakiem, chcąc ugasić pragnienie zimnym piwkiem. Po otwarciu drzwi, ukazało się mroczne wnętrze, a w nim... pijalnia piwa :))) Nie liczyłem na aż taki wypas, jednak schłodzone piwo z kufla w takim upale smakowało na końcówce trasy wprost WYBORNIE! A przy okazji zyskałem szacun miejscowych, całodobowych degustantów piwnych. :]
W Przemyślu jestem o 13:00. Przy dworcu dobrze rokujący bar, a z niego zapachy pysznych pierogów. Ale niestety nie dane mi było. Najbliższy sensowny pociąg do Warszawy (bezpośredni TLK przez Kraków) odjeżdża dopiero przed 21:00, a w stolicy jest po 4:00 rano. Za to już za chwilę (13:30) mam świetne, multiprzesiadkowe, różnotaborowe, alternatywne połączenie do Warszawy. W dodatku znając PKP, pachnie to niezłą przygodą. ;) Koncepcja mi się podoba, biegnę kupić dwie drożdżówki. We wspomnianym barze zabezpieczam dwie puszki schłodzonego do plecaka i stoję pod kasą o 13:20. Tam pani dłuuuugo stuka-puka, aby mi sprzedać bilety - w końcu się udaje i niemal w ostatniej chwili ładuję się do pociągu. A połączenie jest takie:

1. osobowy Przemyśl - Przeworsk
(20 minut przerwy)
2. osobowy Przeworsk - Stalowa Wola
(20 minut przerwy)
3. szynobus Stalowa - Lublin
(30 minut przerwy)
4. TLK Lublin - Warszawa

Fajne co? :)
Postanawiam w każdym pociągu wychylić puszeczkę za udany wypad. :))
Oba kibelki (do Przeworska i do Stalowej) raczej pustawe są. Konduktorzy przeuprzejmi (Przewozy Regionalne), z własnej inicjatywy dzwonią do następnych składów, żeby "zaczekały na pana rowerzystę" chociaż w sumie nie ma takiej potrzeby, bo mam 20-minutowe przerwy, a opóźnienia niewielkie lub brak. :) Niemniej szacun dla nich.
Z kolei szynobus ze Stalowej do Lublina wypełnia się po drodze coraz większą ilością skąpo ubranych (+30*C) studentek, w większości jadących do Lublina właśnie, a częściowo do Warszawy. Aż się w oczach mieniło ;)
W Lublinie natomiast do TLK ciągnęły już niezłe tłumy. Zjadłszy zapiekankę w znajomym barze oraz zabezpieczywszy kolejną puszkę wiadomego próbowałem wejść do ostatniego przedsionka ostatniego wagonu. Zagajony kondi najpierw się jednak plątał, że w zasadzie to nie mogę jechać, bo przepisy się zmieniły (no tak, polska kolej, to jednak polska kolej), ale potem doradza mi, abym zajął miejsce w pierwszym przedsionku za lokiem, gdyż w tym ostatnim stratują mnie (tor oporowy, ludzie dochodzą do pociągu od tyłu składu). I faktycznie im bliżej odjazdu, tym większe ciągły tłumy. Wszyscy wbijają się gdzieś w innych wagonach, więc mogę sobie spokojnie podróżować, tym bardziej że pierwszy przedział obok roweru pustawy jest (dziwne).
W Warszawie jestem tuż przed 22:00 na wypasionym Dworcu Wschodnim. Stamtąd pedałuję jeszcze 20 km opustoszałym miastem i przedmieściami do domu.
Koniec.


Mapa (niebieska krecha).
Powiększ mapę



Profil



O wschodzie na połoninach.



Pensjonat z frontu.



Pensjonat z boku, od strony garażu. :)



Czas opuścić połoninki...



I zjechać 7 km pięknymi szutrowymi serpentynkami...



Coraz niżej i niżej niebieskim szlakiem pieszym...



Pięknie co? ;)



W dolinę rzeki Wiar.



Opuszczona i zaniedbana kapliczka nad Huwnikami.



A oto i rzeka Wiar w Huwnikach oraz płytowy przejazd po jej dnie. Rozkojarzony widokami z połonin zaliczyłem glebę na samym środku przejazdu. :)



Pozbierawszy się z dna rzeki uznałem, że nie ma co się spieszyć. Potokowa klimatyzacja.



Podjazd zachaszczonym niebieskim szlakiem do Gruszowej. W dole Huwniki.



Chaszcze po pas, dalej już trzeba było pchać. Wokół ślady po dawnej wsi.



Drewniany kościół we Fredropolu.



Spożywczak który okazał się pijalnią piwa! :O



W Przemyślu.



EN57, którym podjeżdżam z Przemyśla do Przeworska.



Lokomotywa w Przeworsku.



EN57 do Stalowej Woli.



I w środku. :)



Klimatyzowany szynobus Pesy ze Stalowej Woli do Lublina, pełen studentek. ;)



A to już TLK Lublin - Warszawa. Za szybą EP07 :)





Dystans:
108.32 km

Pogórze Przemyskie: Jabłonica Polska - Pacław

Sobota, 15 czerwca 2013 · dodano: 26.06.2013 | Komentarze 8

Kolejnego dnia z rana pomykam do Brzozowa na kawkę i szukanie sklepu rowerowego celem nabycia życioratunkowej zapinki 8-rzędowej. Niby Garmin pokazuje mi, że jest w Brzozowie taki sklep, a jednak wizja lokalna brutalnie weryfikuje jakość garminowych POI-ów. Sklepu nima. Delektuję się zatem niezłym espresso w centrum, po czym wjeżdżam na DK 886 by szybko przedostać się w Góry Słonne. Droga szeroka, bez dużego ruchu, z widokami prima sort. W Trepczy pod Sanokiem odbijam z grubsza na wschód i po niedługim czasie docieram do Sanu. Szeroka rzeka płynąca między zalesionymi pagórami robi wrażenie. Jest przepięknie, widokowo i podjazdowo, znaczy grubo. :) Wzdłuż Sanu jadę do Tyrawy Solnej. Między Tyrawami (Solną i Wołoską) ciągnie się kolejna miła dla oka i opustoszała dolina Tyrawskiego Potoku, która wiedzie w głąb Gór Sanocko-Turczańskich. W dolinie napotkać można zabytkowe, drewniane kościoły (np. Siemuszowa). Jednocześnie rozpoczyna się 30-kilometrowy podjazd z 270 na 600 metrów n.p.m.. Fajnie! :) Najdalej na południe dojeżdżam do Wańkowej, a potem już na pn-wschód do Ropienki i Wojtkówki. W Ropience szyby naftowe, co stanowi dla mnie jak już wspomniałem pewne novum. Za Ropienką zaś wspinam się na najwyższą dziś przełęcz w Pasmie Chwaniów, gdzie to Garmin pokazuje ponad 600 m. n.p.m. Następnie przedostaję się w okolice Kwaszeniny (1.5 km od ukraińskiej granicy) i Arłamowa. Jazda odbywa się głównie przepięknymi, górskimi lasami świerkowymi. Ciągle oczekuję na rytualne spotkanie ze Strażą Graniczną, ale nic - cisza, spokój, ptaki i ja. Za Arłamowem odbijam w prawo na niebieski szlak pieszy, który prowadzi do samej granicy, tam gdzie znajdowała się kiedyś wieś Paportno. W lesie wreszcie spotykam patrol SG, który "trzepie" dwóch młodych chłopaków na rowerach z Ukrainy, podążających (jak się potem okazuje) również śladem historii wysiedleń. Słowami "No wreszcie panowie, wreszcie!!" wprowadzam miły nastrój, co skutkuje szybką procedurą i puszczeniem nas w dalszą drogę. Z tym, że Ukraińcy w przeciwną do mojej. :)
Samo Paportno natomiast to jest temat na osobny wpis. Mega klimatyczne miejsce, a jednocześnie tragiczna historia przymusowych wysiedleń ludzi po II wojnie. Wieś zamieszkiwali Ukraińcy, więc poproszono ich grzecznie o "wypad z baru" na drugą stronę granicy, wioskę zaorano, spalono, zniszczono - ostały się tylko zarośnięte resztki prawosławnego cmentarza i cerkwisko. Oraz stare, zdziczałe drzewa owocowe gdzieniegdzie w lesie. Stałem po pas w zaroślach pomiędzy pochylonymi nagrobkami; wokół była kompletna pustka, cisza, bzyczenie owadów i szum wiatru. Od granicy kilkaset metrów. Czujecie to? ;)
Więcej o samej wsi można poczytać i pooglądać tutaj. Jest tam również skan WIGówki z 1936-go, gdzie widać jak duża to była osada...
Po dłuższej chwili refleksji wspinam się z Paportna na Połoninki Kalwaryjskie - wzgórza porośnięte łąkami, położone u podstawy Masywu Suchego Obycza. To już jest PK Pogórza Przemyskiego. Łąki une są ponoć własnością prawosławnego biskupa oraz koszone kilka razy w roku. W każdym razie widok po wjeździe na szczyt zapiera dech i inne rzeczy. Planowałem zjechać na nocleg do Kalwarii Pacławskiej, ale klimat tego miejsca i rozległe panoramy nie pozostawiły żadnego pola manewru. Wyciągam namiot i postanawiam rozbić się na nocleg tutaj, na szczycie połonin. :) Trzeba się będzie obejść bez prysznica i innych tego typu obrzydliwych cywilizacyjnych wynalazków. ;)
Po chwili odpoczynku decyduję się zjechać jeszcze na lekko z połoninek do Kalwarii celem odwiedzin spożywczaka. Choć z tego co wiem Kalwarię Pacławską na ogół odwiedza się celem pielgrzymki do klasztoru. ;) Kupuję zatem zapasy Leżajska, 1.5 litra wody mineralnej niegazowanej celem ablucji wieczornych i porannych, jak również dwóch bananów. Na liczniku już ponad 100 km, więc kilkukilometrowy zjazd 70 metrów w dół i powrót na uprzednią wysokość na górę wymaga nieco determinacji. Za to moment otwarcia puszki i zapatrzenia się w widoczki - bezcenny...
Kiedy tak sobie kontempluję, na połoniny wspina się dwójka młodych ludzi, siadają obok mnie i otwierają po Kasztelanie. Gadamy sobie, gadamy - okazuje się, że Cezar rezyduje w Pacławiu, gdzie znajduje się domek i działka po jego pradziadkach. W planach ma odpalenie tam agroturystyki, za które to plany trzymam mocno kciuki! Zapraszają mnie do Pacławia na ognisko, jednak uparłem się zanocować samotnie na szczycie. Ognisko owszem chętnie bym sobie zapalił (o czym wspominam na głos), ale do lasu po drzewo kawał drogi. Żegnamy się w końcu i zostaję sam. Rozbijam namiot, rzucam rower w trawę, przegryzam banana i gapię się zauroczony. Hen hen w oddali, gdzieś nad Rzeszowem rozwija się widowiskowe kowadło burzowe, jednak tu - na granicy - jest piękne, rozgwieżdżone niebo. Zapada całkowity zmrok.
Około 22:00 widzę w oddali światła terenowego jeepa wspinającego się od strony Pacławia na szczyt. Pewnie znowu SG - myślę sobie - ale okazuje się, że to Cezar wciąga na linie za samochodem spore kłody drzewa na ognisko! :)) A do tego w torbie pyszną kiełbaskę, chleb, musztardę i pomidora. No i co tu sobie myśleć o gościnności "ludzi wschodu"?
Zanim się obejrzałem, ognisko już bucha w górę, gdyż Cezar stosuje szybki sposób rozpalania drewna metodą oblania benzyną i rzucenia zapałki :))) Gawędzimy sobie jeszcze trochę przy piwku, kiedy od strony Paportna wspina się na wzgórze kolejny jeep. :D Tym razem to chłopaki ze Straży Granicznej, którzy otrzymali zgłoszenie od "życzliwego mieszkańca", że gdzieś tam na wzgórzach pali się ogień. Pewnie Czeczeńcy, czy inni nielegalni imigranci. ;) Jako że Cezar to miejscowy, wizyta SG przebiega sprawnie, miło i sympatycznie. Po jakimś czasie wszyscy rozjeżdżają się i zostaję sam. Kiełbaska na ogniu skwierczy, wokół cisza nie licząc grających świerszczy, rozgwieżdżone niebo i coraz efektowniejsze kowadełko burzowe na pn.-zachodzie. Bosko... Siedzę jeszcze długo i koło 1:00 w nocy wślizguję się do namiotu, gdyż sen morzy mnie bardzo... :)



Profil.



Mapa (zielona krecha).
Powiększ mapę



Gdzieś pod Brzozowem.



Okolice Sanoka



Kapliczka :)



Murek kościoła w Trepczy, a za murkiem widok w dolinę Sanu. Kościół - choć stary, na fotę się nie załapał. ;)



Stan pojazdu w dniu dzisiejszym. Na sakwie suszy się ręcznik. Suszenie przy zjazdach 50 km/h odbywa się błyskawicznie :)



I wreszcie oczekiwany San.



Wzdłuż Sanu jadę z Międzybrodzia do Tyrawy Solnej.



Ze wzgórza nad Sanem.



Tego właśnie wzgórza.



Lekka zdziwka na trasie. Ale jak to? ;) Na szczęście objazd nie był długi (Tyrawa Solna).



Od Tyrawy rozpoczyna się 30-kilometrowy podjazd z 270 na 600 metrów n.p.m. urokliwą doliną Tyrawskiego Potoku w Góry Sanocko-Turczańskie.



A w dolinie co rusz jakiś zabytkowy kościół. Ten na zdjęciu to w Siemuszowej (1841 r.)



Góry Słonne



Gmin co prawda już nie zbieram, ale tabliczka niczego sobie :)



Kościół w Ropience (1893 r.) - kolejnej wiosce, gdzie wydobywa się "skalny olej".



Wjazd na przełęcz w Paśmie Chwaniów. Magiczna liczba wysokości na GPS, jak na startowe 270 m. :)



No to tera będzie zjazd. :)



Droga do remontowanego obecnie z wielkim rozmachem ośrodka w Arłamowie - dawniej komuszej daczy letniskowej ;)



Na niebieskim szlaku do nieistniejącej już wsi Paportno, tuż przy ukraińskiej granicy.



Resztki cmentarza i cerkwisko w Paportnie. Ekstremalnie magiczne miejsce.



Resztki cmentarza i cerkwisko w Paportnie.




Resztki cmentarza i cerkwisko w Paportnie.



Resztki cmentarza i cerkwisko w Paportnie.



Z cmentarza wspinam się na zbocza Połoninek Kalwaryjskich - a tam widoki powodujące opad szczeny.



Połoninki Kalwaryjskie.



W oddali na wzgórzu klasztor w Kalwarii Pacławskiej.



Jest dobrze. :)
Miejscówka tak mnie zaskoczyła widokami i klimatem, że mimo planów nocowania na agro w Kalwarii postanawiam jednak tu pozostać i spędzić noc pod namiotem.



Widoczki z połonin. Zapada zmrok.



A to mój nocleg. :)



Ognisko, kiełbaska, straż graniczna. Jest klimat :)





Dystans:
93.09 km

Pogórze Strzyżowskie: Dębica - Jabłonica Polska

Piątek, 14 czerwca 2013 · dodano: 23.06.2013 | Komentarze 8

Poranek w Dębicy. Przeciąganie, ablucje i obfite śniadanie w zaskakująco niskiej cenie. :) Pogoda nadal jak drut, wręcz zaczyna trącać upałem.
Praktycznie od samego motelu trzeba zacząć terenową harówę pod górę. Podjeżdżam niebieskim szlakiem, zaś po opuszczeniu bukowego lasu zaczynają się pierwsze, "podkarpackie widoczki ze zboczy". Coś pięknego. :) Takie widoki błyskawicznie regenerują akumulatory zużyte na podjeździe. Widać co rusz to inne pasma lub doliny z wsiami w dole. Jadę więc tak sobie, delektując się panoramami doliny i Pasma Klonowej Góry na przemian z zygzakowaniem na podjazdach. Trasa wiedzie przez Braciejową, Małą, Brzeziny i Jaszczurową aż do Stępiny-Cieszyny, gdzie postanowiłem zerknąć na tunel schronowy. Robi wrażenie, niestety tego dnia był zamknięty, a chętnie bym tam sobie wszedł. Kawałek dalej przeskakuję przez Wisłok i wbijam się pomiędzy kolejne pasma Strzyżowskiego Parku: pasmo Królewskiej Góry i Czarny Dział.
Po drodze jest wieś Węglówka, gdzie zdaję sobie chyba po raz pierwszy w życiu sprawę, że w Polsce wydobywa się ropę naftową. :) Normalnie we wsi stoją szyby naftowe, instalacje dziwaczne oraz pachnie olejem. :) Jest tam również interesujący grób admirała Nelsona Keitha, poszukiwacza "oleju skalnego" i jego 2-miesięcznej córeczki, ozdobiony bardzo realistyczną i smutną rzeźbą nagrobną.
W tejże Węglówce rozpoczyna się podjazd, na którym... nagle strzela i pęka mi łańcuch. No cuś podobnego. Pierwszy raz w mojej rowerowej karierze zdarza się tak ambarasująca rzecz. Jako, że jestem zagorzałym przeciwnikiem wożenia ze sobą skuwacza, zakląłem siarczyście, co skłoniło przechodzącą nieopodal mieszkankę wsi do gwałtownego przyspieszenia marszu. ;) Jednakowoż-wszak bliższe oględziny łańcucha pozwoliły odetchnąć z ulgą - to zapinka strzeliła w kosmos. A zdaje się, że pierwszy raz w życiu wziąłem w trasę zapinkę zapasową. :)) Grzebię, grzebię po sakwie - jest!!! Mam też foliowe rękawice. Kwadrans dłubaniny i już jadę dalej zadowolony z siebie. Choć lekko nie jest - od Węglówki 200-metrowy podjazd.
Zaraz za Czarnorzekami wyjeżdżam z lasów Strzyżowskiego PK i otwiera się ogromna panorama na położone w dolinie Krosno i dalej na południe na pasma Beskidu Niskiego. Jest tak ładnie, że aż robię sobie dłuższy popas, obok jednej takiej agroturystyki, z której balkonów widać pewnie mniej więcej to samo. Kusi mnie, żeby tu skończyć, bo delektacja takim widoczkiem z zimnym pienistym w ręku jest miłym ukoronowaniem dnia. Postanawiam jednak jechać do Korczyny. A tam wiedzie dłuuugi i szybki zjazd. :) Generalnie na zjazdach standardem było 50 km/h, raz nawet zdarzyło mi się wkręcić do 70 km/h, ale to mało rozsądne.
Z Korczyny jadę już na spokojnie do Jabłonicy Polskiej, wioski między Krosnem, a Brzozowem, gdzie klepnąłem sobie pokoik w agro. Po zrzuceniu sakwy i opróżnieniu plecaka jadę sobie jeszcze na lekko (choć 2 puszeczki w plecaku nie są aż tak znowu lekkie) odwiedzić drewniany kościół w Haczowie oraz pokontemplować widoczki przy zachodzącym słońcu. Już teraz wiem, że na Podkarpaciu jest o wiele fajniej niż na Jurze. Jak dla mnie. :) Ogólnie cechą tego wypadu jest, że z dnia na dzień jest coraz fajniej. W dodatku komarów nadal brak!


Zdjęć wrzucam dużo, bo tego dnia dostałem foto-ataku. ;)


Mapa 3 dni rowerowania na Podkarpaciu.

Powiększ mapę



Podjazdów (150-200 metrowych) było na tyle sporo, że warto pokazać profil :)
Łącznie podjazdów (wg śladu gps) 1023 m.



Solidne śniadanko w motelu za niecałe 10 zł. Przydało się, bo na dzień dobry, praktycznie spod samych drzwi motelu, był 150-metrowy terenowy podjazd.



Który to podjazd odbywał się przyjemnymi buczynkami :)



A na górze... rozpoczęła się zupełnie inna kraina, jakże odmienna od Jury. Bez skałek i zamków, za to dziksza i bardzo rozległa.
Na focie w dole Gumniska.


Pogórze Strzyżowskie. Panoramka na wioskę Mała.



Okolice Brzezin.



Buczyny pod Brzezinami. Czy raczej nad.



Do Jaszczurowej.



Częsty widok na pogórzach.



Okolice Jaszczurowej.



Okolice Jaszczurowej.



Bunkier dla pociągów z II wojny. Stępina-Cieszyna.



Bunkier dla pociągów z II wojny. Stępina-Cieszyna.



Hop przez Wisłok w Jazowej.



W dolinie między pasmami Jazowej i Czarnego Działu - przed Węglówką.



Tamże pękł mi łańcuch.



Szyby wydobywcze ropy naftowej w Węglówce.



Szyby wydobywcze ropy naftowej w Węglówce.



Serpentynki wyjazdowe ze Strzyżowskiego Parku na wzgórza nad Krosnem. Czarnorzeki - Korczyna.



Doły Jasielsko-Sanockie, w dali Korczyna i Krosno.



Z takim widoczkiem można sobie w tym miejscu wynająć agroturystykę, ale jadę dalej.



Pod Korczyną.



Nieopodal Jabłonicy Polskiej (wioska między Krosnem, a Brzozowem)



Ponad 90 km. Sakwa porzucona w pokoju agroturystyki w Jabłonicy. Wyjeżdżam jeszcze na lekko wypić piwko z widokiem na zachód słońca.



...oraz odwiedzić ponoć najstarszy w Polsce i największy, gotycki drewniany kościół w Haczowie (XIV w.).



Haczów - kościół.



Kiedy loguję się już do agroturystyki w wiosce na końcu świata i zamykam za sobą drzwi pokoju, oczom mym taki oto widok się objawia :)))





Dystans:
100.54 km

Jura #2: Podlesice - Kraków

Czwartek, 13 czerwca 2013 · dodano: 21.06.2013 | Komentarze 11

Drugi i ostatni dzień pobytu na Jurze przyniósł dużo przyjemniejsze tereny do jazdy (to ta zielona krecha na mapie w poprzednim wpisie). Jakoś tak przestronniej się zrobiło, mniej lasów, więcej skałek itp. :) Z mekki skałkowych kursantów (czyli Podlesic) opłotkami Zawiercia przemykam się po szutrówkach różnch i buczynkach po terenie, by wyłonić się czasami w okolicach zamków lub wystających skałek. Bardzo fajne są m.in. okolice Skały Rzędowej k. Bzowa, a także ruiny zamku pod Ogrodzieńcem. Kawałek dalej ruiny w Bydlinie: wreszcie jakieś ukryte w lesie porządne, stare mury bez ludzi, wycieczek autokarowych i biletów wstępu. :) Siedzę tam ciut dłużej, próbując wczuć się w klimaty Orlich Gniazd, ale jakoś niespecjalnie mi idzie, więc jadę dalej. A w zasadzie bez zbytniej historii i w szybkim tempie docieram do początku Doliny Prądnika - czyli do Sułoszowej. Znaczy nie w takim znowu szybkim, bo pod Sułoszową jest ostatni tego dnia podjazd, który się jakoś dłuży i dłuży.... Ale potem aż do samej stacji PKP w Krakowie jedzie się praktycznie cały czas w dół. I to aż 35 km! I to w ładnych okolicznościach przyrody, czyli wśród skalnych wąwozów Ojcowskiego Parku Narodowego.
Pod Pieskową Skałą spożywam pyszne pierożki zapite zimniutkim browarkiem. Zamku oczywiście nie zwiedzam i serdecznie współczuję tym 10-ciu autorakorom dzieci pędzonych na pieskowy dziedziniec. :) Dolina Prądnika od OPNu do rogatek Krakowa przywodzi mi na myśl Dolinę Kościeliską w Tatrach - górsko, przyjemnie no i ten wygodny asfalt środkiem. Reasumując: z górki, ładne widoki, spokojna nawierzchnia - słowem chillout. Niemniej w Krakowie wybija mi 95-ty kilometr, więc czuję się cokolwiek sciorany. :)

Jura jest fajna, ale jakoś tak nie powaliła mnie na kolana. W dalszym ciągu w moim prywatnym rankingu rowerowych miejsc Polski dominuje Roztocze, Suwalszczyzna no i... Pogórze Strzyżowsko-Przemyskie (ale o tym w dalszej części). :) Zaskoczył mnie natomiast całkowity brak komarów, które są obecnie istną plagą pod Warszawą. Kiedy zatrzymałem się pod jakąś leśną rozpiską szlakową - po pewnym czasie stwierdziłem z przerażeniem, że... nic mnie nie żre po nogach!!! Niesamowite.

Na krakowski dworzec docieram ok. 17:00-tej, nie bardzo mając koncepcję co dalej. Mam przy sobie mapy Roztocza Wschodniego i południowo-wschodniego Podkarpacia. Chodzi mi też po głowie Zakopane i jakieś tam podtatrzańskie klimaty. Jest też koncepcja powrotu do domu. Waham się czas jakiś zagryzając bajgla, precelka (czy co oni tam mają) i gaworząc z upartymi paniami świadkowymi jakiegoś kościoła, wciskającymi mi broszurki "Jak być dobrym ojcem". Wreszcie przychodzi zajawa - za chwilę, czyli o 18:15 jest pociąg na wschód, który dociera o rozsądnej porze (21:30) do Dębicy. Koncepcję wprowadzam natychmiast w czyn. W Dębicy jestem po równo 3 godzinach, loguję się do jakiegoś przydrożnego motelu i podziwiam do północy ruch TIRów mknących do Medyki. Za mną 2 dni solidnego dystansu, zwiedzona miła dla oka i dla pedała kraina geograficzna (Jura) oraz sprawnie przeprowadzona wieczorna ewakuacja w zupełnie inne rejony. Jest grubo. :)



Taka tabliczka i wszystko jasne! Liczyłem na to, że kawałek dalej będzie następna "Koniec łąk, początek lasu", ale niestety, niestety... ;)



Szutry w okolicach Morska



I w okolicach Zawiercia



Skała Rzędowa w Bzowie. Wypadałoby wejść na szczyt gdzieś od tylca, ale... nie chciało mi się :)



Ruiny w zamku Ogrodzieńcu. Nie zwiedzam - podziwiam z daleka.



Pulpit nawigacyjny ;)



Szuterek pod Ryczowem, mniam mniam :)



No wreszcie ruiny dostępne bez biletów - Bydlin. Z nieba leje się żar.



Początki wąwozowej części doliny Prądnika za Sułoszową. Fajne wrażenie robią te domki poprzyklejane do skał.



Pieskowa Skała. Oczywiście nie zwiedzam. ;) Tuż obok spożywam pyszne pierogi :)



Maczuga Herkulesa. Ostatnio byłem tu 23 lata temu. Poważnie. Wycieczka szkolna w 7 klasie podstawówki. :)



Skały pod Skałą.



Kościół na wodzie (Ojcowski Park Narodowy) - obowiązkowy fotopunkt przelotu Jurą. :)



Przez OPN...



A to już ucieczka z Krakowa w fajniejsze rejony - Dębica i od jutra Pogórze Strzyżowskie.


Ostatni przedsionek ostatniego wagonu bla bla. :) TLK pustawy, więc jedzie się przyjemnie.


Ciąg dalszy...



Kategoria Jura 2013 | Komentarze 11


Dystans:
77.95 km

Jura #1: Częstochowa - Podlesice

Środa, 12 czerwca 2013 · dodano: 20.06.2013 | Komentarze 9

Jakoś tak na spontana postanowiłem wyrwać się z korpomatrixa i pokręcić przez kilka dni po ciekawszych (niż Wawa i okolice) rejonach kraju. Padło m.in. na Jurę, bo chodziła mi od jakiegoś czasu po głowie, a i blisko jest przy okazji.

Poranny TLK do Częstochowy ciągnie wagon rowerowy, który w środę był zupełnie pusty, nie licząc mnie i kilku "pieszych pasażerów". A zatem w komfortowych warunkach przybywam już o 10:30 pod Jasną Górę. :) Na którąż to Górę od razu sobie wjeżdżam, bo jakżeby inaczej. Fotka klasztoru i już mknę w dół długim częstochowskim deptakiem, potem przez różne fabryczne przedmieścia docieram w okolice Olsztyna. Generalnie staram się trzymać jak najwięcej terenu, poruszając się w pobliżu lub niekiedy po jurajskim, czerwonym szlaku rowerowym "Orlich Gniazd". Zamków jakoś specjalnie zwiedzać nie zamierzam - wystarcza mi widok z zewnątrz, zaś odstraszają wycieczki szkolne oblegające prawie każdy. :)

Olsztyńskie orle gniazdo z daleka bardzo mi się podoba, z bliska zaś podpada koniecznością opłaty za wstęp.

Następnie buczynkami i różnymi piaskatymi polnymi drogami przemieszczam się pod kolejne zamki, a teren przez swój lekko pagórzysty charakter daje nieco po łydach. W okolicach Podlesic czuję że to na dziś koniec mocy, dlatego tamże właśnie instaluję się na nocleg.



Powiększ mapę



WczesnoporAnny początek przygody :)



W TLK do Częstochowy. Rower powiesiłem tylko do foty - podróż odbył w pozycji horyzontalnej, oparty o te druty :)


Zerknięcie na jasnogórskie sanktuarium


Duży JPII patrzający na Częstochowę


Ruiny zamku w Olsztynie


Kolejny święty z fajną miną, to chyba zdziwienie że został postrzelony ;)


Jurajskie terenowe zakrętasy


I buczynowo-skałkowe lasy


I zakrętasy szutrowe


Na których łańcuch wbił mi się solidnie między kasetę a szprychy. No cóż - zlekceważyłem pewną śrubkę w tylnej przerzutce ;) Na szczęście miałem przy sobie kombinerki i udało się go wyrwać.


Ruiny w Mirowie


Zamczysko w Bobolicach



Kategoria Jura 2013 | Komentarze 9